Polskie bajki w Istambule

Na zaproszenie burmistrza dzielnicy Ataşehir w Istambule byliśmy (opowiadaczki z Grupy Studnia O., Marcin Zadronecki, muzyk z Balkan Sevdah i ja) gośćmi festiwalu teatrów dziecięcych odbywającego się tamże.

IMG_2916 (600 x 400)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dwa spektakle, za każdym razem kilkaset tureckich dzieci na widowni – z rodzicami i babciami. I polskie bajki, z różnych kontekstów – z tradycji ludowej, żydowskiej, magicznej… Bardzo ciekawe doświadczenie – opowiadać dzieciom, które nie rozumieją nie tylko języka, ale też całego umiejscowienia tych historii. Nie wiedzą czym jest len, nie wiedzą co to są Mazury i zamki krzyżackie… Opowiadać z tłumaczeniem (i tak w tej komfortowej sytuacji, że tłumaczy ktoś, kto sam jest opowiadaczem). Bardzo ciekawe doświadczenie, bo całkowicie zmieniają się punkty ciężkości w opowieści, inne rzeczy stają się ważne, a to, co w sytuacji znanej, polskiej, ma sens i urok – w sytuacji takiej jak ta turecka staje się zbędne lub wręcz przeszkadzające, niepotrzebnie rozciągające całość… Bardzo ciekawe. również to, że tureckie dzieci zupełnie nie są przyzwyczajone do słuchania opowieści – tak jak i większość współczesnych dzieci w innych miejscach świata. Ale babcie – te wiedziały o co chodzi… Muzyka – to jedno się sprawdza zawsze i bez pudła, niezależnie od miejsca, języka i kultury.

Więcej zdjęć poniżej.
Więcej o tureckich peregrynacjach opowiadaczy tutaj:
http://turcja2014.wordpress.com/
Zapiski z podróży na moim blogu o wędrowaniu, czyli tu: http://jestemwdrodze.wordpress.com/2014/02/03/istambul/

IMG_2934 (600 x 400)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_2933 (400 x 600)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_2923 (600 x 400)

Reklamy

Na Marcowych Mostach – popremierowo

Ja wiem, że dla tych, którzy Marcowych Mostów nie słyszeli wszystko poniżej będzie jakąś abstrakcją. Ale ponieważ to rzecz zupełnie nowa – i to z różnych punktów widzenia – tak w ogóle i dla mnie, dlatego mam chęć parę rzeczy napisać.

Jakby ktoś potrzebował wiedzieć o czym mowa, to tu jest o samym koncercie.

Mieliśmy kilka dni fantastycznej roboty, jak linoskoczkowie balansujący na linie rozciągniętej między Polską, a Andaluzją. Bo to takie zderzenie dwóch całkowicie różnych światów – myślowych i muzycznych. Bo chodzi o to, żeby każdy robił to, co robi – śpiewał, grał, opowiadał – po swojemu. Nie chodzi o wymyślenie jakiegoś muzycznego esperanto, którym będziemy się posługiwać, tylko o splecenie w warkocz włosów na dwóch różnych głowach (ups, taki właśnie mam obrazek, jak o tym myślę). I, jeśli rzecz działa, a w tym przypadku i owszem, działała jak burza, zawsze powstaje coś nowego, coś pomiędzy, coś co nie jest ani moje, ani twoje tylko co wyrasta z rozmowy, jaką jest muzyka.

Ci, co przyszli na koncert w Poznaniu, usłyszeli rzecz świeżą jak gorące, drożdżowe ciasto – już upieczone, ale jeszcze w zasadzie rosnące 🙂 W Warszawie, tydzień później, już było troszkę inaczej. Opowieść o chłopcu i księżycu zmieniła się w zasadzie w historię o księżycowym dziecku, o kobiecie-księżycu i ludziach, której niespokojny rytm osadzony jest w pieśni Lorki. Manolo Avila Rodriguez, świetny śpiewak spod Granady, z miasteczka pachnącego oliwą i kozami, nadal ma brudne skarpetki, a spotkanie z Soledad Montoyą daje mu moc śpiewania i pozwala spotkać Marię, jego żonę. Noc, w której kąpie się białoskóra Lolita szumi raz po hiszpańsku, raz po polsku. Andaluzja raz srebrzy się księżycem, raz bieleje od upału, raz wydaje się krainą nieskończonego piękna i siły, która jest w ziemi, to znów miejscem spękanym, suchym, tęskniącym za morzem, w którym – jak napisał pewien Andaluzyjczyk pod koniec XIX wieku – kobiety są brzydkie i głupie, mężczyźni śmierdzą i nie znają się na uprzejmości, a wszyscy zawsze są głodni. Pieśń o czarnym smutku zmienia swoją melodię i rytm, rośnie i się przeobraża. To, co jest naprawdę andaluzyjskie, to co jest esencją flamenco – a co śpiewa Jesus sam, za każdym razem brzmi dla mnie inaczej, od nowa. No i te muzyki, które nie są ani flamenco, ani nutą polską, tylko czymś pomiędzy. Akordeon gada z Lorką. Rumba, buleria, kujawiak oraz rytmy z kosmosu, na które się wskakuje jak na konia i już, jedziemy!

Nie mam pojęcia, jak się tego słucha – choć bardzo było miło usłyszeć od ludzi dobre słowa i w jednym i drugim mieście… Mnie samą zadziwia i cieszy różnorodność muzyczna, która urodziła się nam z tak w sumie na pierwszy rzut oka wąskiego tematu i bardzo kameralnego, bo dwuosobowego składu.

Dla mnie to jest tak. Najfajniejsze w – mówiąc brzydko – robieniu muzyki jest grzebanie, macanie, wyciąganie dźwięków i obrazków, które powstają. I powstają zawsze w komunikacji – mojej ze sobą i tym co dookoła, lub z drugą osobą. To samo jest z opowieściami. Zabijcie mnie, nigdy w życiu chyba nie uda mi się przygotować pieśni lub opowieści, która będzie od początku do końca gotowa, zamknięta, skończona. Każdy następny raz – a mamy ogromną nadzieję, że będzie ich jeszcze wiele, wiele – będzie zatem inny.

Jeszcze co do wykonania poznańskiego – najcudowniejsza była fiesta, która rozwinęła się potem, dzięki obecności tych wszystkich, którzy grali, śpiewali, bębnili i jamowali na milion sposobów. Akordeon, koncertowy Steinway, suka biłgorajska, daf, djembe i sto głosów i sto różnych, różnych muzyk. To było boskie i dzięki wielkie dla wszystkich którzy byli i dla Artmosfery za gościnność.

Poniżej parę zdjęć, z podziękowaniami dla autorki, Pauliny Kukiz.

mmosty02

mmosty03

mmosty04

mmosty06

mmosty09

Warsztaty śpiewu w Poznaniu – fotki i słów parę

Było fantastycznie!

Właściwie można by napisać tyle i na tym skończyć…

Znakomita grupa warsztatowa – szybka, zdolna, serdeczna i pełna niezwykłych indywidualności. Świetne, przyjazne miejsce z atmosferą sprzyjającą zanurzaniu się w głębiny dźwięków. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, pachniał imbir
z cytryną i miodem, który w swej dobroci nam przygotowywali dobrzy ludzie z baru, nawet dym z koksownika nas nie wykończył.

No i same warsztaty. Nie takie, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Nie warsztaty piosenek. Piosenek może nauczyć każdy. Ale tego czym naprawdę jest flamenco, gdzie go szukać w sobie i po co nam to w ogóle, nam, ludziom z innej części świata, z których znaczna część w ogóle się flamenco nie zajmuje i nigdy nie będzie – tego nie każdy może nauczyć. To nie każdy jest w stanie opowiedzieć, pokazać. A my właśnie w tym siedzieliśmy przez weekend. Zadanie niełatwe. Bo i rytm
i melodia i nawyki, które wszyscy mamy i liryka, która w naszej części świata jest nieodłącznie ze śpiewaniem związana… I energia, którą trzeba wyciągać z siebie jak napiętą strunę, trzymać i nie puszczać… Jak zapomnieć o tym, co wydaje się nam ładne. Poza techniką – innymi rezonatorami, oddechem etc, jest to najważniejsze: trzeba poszukać emocji, prawdziwej, nie udawanej. Jak pogrzebać sobie samemu w trzewiach i zobaczyć gdzie boli. Jak stanąć przed samym sobą jak przed lustrem i zaśpiewać od siebie, do siebie, dla siebie. Jak wytchnąć, wypluć, wyrzucić. A w innych miejscach – przytrzymać, naciągnąć lub zamknąć. Byle w zgodzie z tym, co nam samym siedzi w środku, bez wymyślonych form
i masek. Śpiewanie na granicy możliwości – nie technicznych, tylko emocjonalnych. Trudna rzecz, ta prawda, bez żadnych falbanek, koronek, makijaży takich czy innych.

Jesus Sallabera Molina ma do śpiewu i flamenco podejście bardzo niestandardowe 🙂 Żadna ściema nie przejdzie. Prowadził zaopatrzonych w sprzęt do nurkowania uczestników tej głębinowej wyprawy przez różne podwodne krajobrazy, powoli wyjaśniając różnice między tym, co należy do folkloru, do czasu święta, zabawy, gry, a tym, co jest na samym dnie, co już jest tylko nasze własne – i co naprawdę jest flamenco.

Dużo było ćwiczenia i dużo opowieści z pogranicza muzyki i filozofii. Bo dla nas to świat trochę na opak, odwrotny od tego, czego jesteśmy przyzwyczajeni, chociaż tak naprawdę – najprostszy, najbardziej ludzki, osadzony w tym, co jest wspólne i podstawowe dla wszystkich – w naszych uczuciach i sposobie bycia na świecie i ze światem. Niesłychanie piękne było obserwować, czuć i słuchać, jak się zmienia dźwięk i śpiew – wszystkich razem i każdego z osobna. Jak od łagodności, albo może raczej niepewności przechodzi w coś bardzo mocnego, przejmującego. Jak każdy zupełnie inaczej dociera do swojej własnej formy. Jak się formy utarte, zewnętrzne skorupki, łamią i kruszą i zaczyna świecić to, co jest w środku. Jak to wszystko krąży w nas i między nami.

Taka zatem wędrówka to była. Przez rytm, dźwięk, śpiew i fale, które każdy śpiewak musi okiełznać, a też przez przestrzenie po prostu ludzkie, przez nasze własne pejzaże wewnętrzne – jakkolwiek brzmi to może dość górnolotnie, ale jest proste i podstawowe jak konstrukcja cepa.

No i okazało się – wnioskując z cudownych po prostu listów powarsztatowych oraz rozmaitych rozmów i spotkań kuluarowych – że takich rzeczy potrzebujemy naprawdę. Rzeczy, dzięki którym nie tylko rozwijamy się jako śpiewacy, artyści, ludzie z potrzebą twóczą czy jak zwał, tak zwał. To też. Ale przede wszystkim potrzebujemy ścieżek takich, które pozwalają nam się bez strachu spotkać – z innymi, ze światem i z samymi sobą.

Ze swojej strony – bardzo dziękuję! Jesusowi za niesamowitą robotę i dzielenie się wszystkim, co ma, bez zważania na kwestie strategii marketingowych. 🙂 Uczestnikom za przybycie i fantastyczną atmosferę. Agnieszce i klubowi Dragon – za miejsce, opiekę i wszelkie wsparcie. Kosmosowi – za pogodę 🙂

Poniżej kilka zdjęć autorstwa Pauliny Kukiz, która nie dość, że śpiewała, to jeszcze dokumentowała – jej też dzięki!

poznan02

poznan07

poznan11

poznan12

poznan13

poznan14

poznan17

Opowieści z cygańskiego kapelusza – zdjęcia z Festiwalu Sztuki Opowiadania, Warszawa 2011

…Zielone łąki, zielone równiny
Szczęście przychodzi i odchodzi
Troski kłębią się, gęstnieją
Świat od zawsze jest ich pełen…

A skoro tak jest od zawsze, to kto by się tym przejmował! W opowieściach romskich z centralnej i wschodniej Europy piękne są nie tylko niezwykłe postacie, kolorowe obrazy, muzyka… Fantastyczne jest poczucie humoru, które grzeje równie dobrze jak ognień, odgania mrok i smutki, sprawia, że deszcz nie moczy, noc nie straszy…

„Kubek…” na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Opowiadania w Warszawie

 

 

 

 

W Warszawie nad spektaklem zawisł ledwie słyszalny dźwięk dzwoneczków od sukni księżniczki Ateh…

Fotografie: Paweł Ogrodzki. Dziękujemy!